Miasteczko Wilanów jako społeczny koszmar czy projekt dla elit?

  Miasteczko Wilanów stoi na starym dorzeczu, które kiedyś było fragmentem dzikiej skarpy warszawskiej. Jeśli budować tak ogromne projekty na Miasteczko Wilanów, powinno to odbywać się to z zasadami pełnego planowania przestrzeni. Tego tam zabrakło. Jak to zwykle w Warszawie.

Dla nas Miasteczko Wilanów to jedna z najgorszych deweloperskich i planistycznych wizji, które można było stworzyć. Zbudowano owe miasteczko na bagnach (nigdy nie osuszono) w chaotyczny, i byle jaki sposób. Wzorowano się ponoć na amerykańskich sabarbiach, które często gęsto zamieszkiwane są przez miliarderów. Tam jest genialna infrastruktura, która czyni te miejsca autonomicznymi, włącznie z autonomiczną dostawą wody czy własnym prądem!

Jedyną widoczną dominantą na tym terenie jest Świątynia Opatrzności Bożej,  która jako tako, wyznacza osie tego miasteczka. Osadzona jako punkt odniesienia, w kwadratach ulic, wybija się dość spektakularnie

    Ale ten problem Wilanowa świetnie ujęła Gazeta Stołeczna, za co wielka brawa. Dlatego przytaczamy artykuł redaktora Sroczyńskiego,

Miało być miasto idealne wyszło jak wyszło

    „W spadku po PRL-u dostaliśmy jedną wartościową rzecz: wymieszanie społeczne. Na jednej klatce schodowej profesor mieszkał z kierowcą autobusu, a kiepsko zarabiająca salowa była na tym samym osiedlu sąsiadką ordynatora. Podobnie w podstawówkach, gdzie obowiązywała rejonizacja, więc w jednej klasie uczyły się dzieci z bardzo różnych środowisk. Tego wartościowego spadku po komunizmie wolna Polska nie potrafiła obronić. Bogacąca się klasa średnia uznała zróżnicowanie społeczne na osiedlach i w szkołach za coś niebezpiecznego, przed czym trzeba za wszelką cenę uciec. „Nie chcemy na naszej klatce schodowej mieszkań komunalnych, nie chcemy mieszkać z patologią”. „Zabrałam dzieci z rejonówki do szkoły prywatnej, bo potomstwo lokalsów zaniżało poziom”. „Przeprowadziliśmy się do Miasteczka Wilanów i wreszcie mieszkamy z ludźmi podobnymi sobie, którzy wiedzą, co to znaczy spłacać kredyt, i szanują cudze mienie”. Tych kilka internetowych wpisów dobrze streszcza obecne praktyki zamożniejszych Polaków.

Wilanów jako społeczny koszmar

    Menedżerowie, prawnicy, lekarze, właściciele firm, zresztą właściwie każdy, kto dobił do wyższego poziomu dochodów, natychmiast próbuje się izolować od innych grup. Warszawski Wilanów – obiekt marzeń i westchnień – przypomina równo przycięty trawnik, na którym nic innego nie rośnie. Pojedźcie tam w weekend. Podobnie ubrani ludzie w podobnym wieku spacerują po chodnikach zastawionych podobnymi samochodami lub siedzą w podobnie modnych knajpach skrojonych pod gusta klasy średniej. Jeśli spotkacie kogoś odróżniającego się stylem i ubiorem, będzie to ukraińska niania lub ukraiński glazurnik. Coraz więcej enklaw polskiej względnej zamożności tak zaczyna wyglądać.

Polskie władze i samorządy nie robią nic, by temu przeciwdziałać. Nie prowadzą polityki miksu społecznego, nie negocjują z deweloperami, aby część mieszkań – w zamian np. za uzbrojenie terenu – oddawali gminie na mieszkania komunalne. Od deweloperów nie wymaga się, aby w osiedlach drogich apartamentowców były też bloki tańsze – bez piaskowca na elewacji, marmuru na klatce schodowej i całodobowej ochrony, ale za to dostępne dla ludzi z mniejszą kasą. Wolny rynek nas segreguje: dla najbogatszych jedno osiedle, dla średniaków inne, a reszta do bloków na obrzeżach miast (jeśli w ogóle mają zdolność kredytową). Ludzi z mieszkań komunalnych najlepiej skupić w jednym rejonie, a uwolnione przez nich lokale w centrach miast sprzedać tym, którzy mogą zapłacić. Politycy najczęściej myślą podobnie, być może dlatego, że sami należą do klasy wyższej, która od gorzej zarabiających woli się odgrodzić.

Wilanów nowy typ getta?

    Przeprowadzka polskich elit do zamkniętych osiedli pozbawiła je ważnej kompetencji, którą miały w czasie pierwszej „Solidarności”: wyczuwania społecznych wiatrów. Być może – gdybyśmy byli bardziej wymieszani – zawodowi komentatorzy rzeczywistości nie byliby aż tak zdziwieni, że ludzie nagle zaczynają głosować na partie antysystemowe (mimo dobrych wskaźników makroekonomicznych). Może gdyby gwiazdy dziennikarstwa wśród sąsiadów miały choć jednego ochroniarza, z którym czasem rozmawia się w windzie albo grilluje, nie przegapilibyśmy wielu społecznych problemów. Jak to możliwe, że media tak długo nie zauważały armii ochroniarzy (200 tysięcy ludzi!) wegetujących za głodowe stawki 4 zł za godzinę? Minimalna stawka godzinowa, którą wprowadził PiS i ogłosił jako swoje dobrodziejstwo, mogła zostać wprowadzona już dawno, gdybyśmy o tym głośno mówili i pisali.

Grodzenie się, izolowanie grup społecznych powoduje, że przestają się rozumieć. A nawet gorzej: zaczynają się siebie bać i powtarzać o sobie nawzajem najdurniejsze mity. Liczba głupstw, którą w ostatnim czasie wypowiedzieli zasłużeni profesorowie o „PiS-owskim ludzie” i „Polakach, którzy się dali kupić za 500 zł”, jest zawstydzająca. Podobnie jak liczba bzdur, które wielu „zwykłych Polaków” opowiada o „oderwanym od koryta establishmencie”. Populizm kwitnie w tych krajach, gdzie grodzonych osiedli jest najwięcej.

Wymieszanie społeczne jest szczególnie istotne w takim świecie jak dzisiejszy – migotliwym i niestabilnym. Nastroje społeczne zmieniają się jak w kalejdoskopie, a wielu tych zmian nie wyłapują profesjonalne analizy i sondaże. Kto miał wygrać w USA? Oczywiście, Hillary Clinton! Czy brexit był prawdopodobny? No skąd, nie był! Takich „niezrozumiałych przypadków” będzie coraz więcej. Tymczasem ową zmienną rzeczywistość społeczną często komentują ludzie szczelnie od niej odizolowani.

Czy Wilanów to miasteczko idealne?

    Obecnie nasza klasa średnia walczy zaciekle z ostatnim bastionem wymieszania społecznego w Polsce – rejonizacją szkół podstawowych. Rodzice fikcyjnie meldują się w dzielnicach, gdzie działa szkoła wyżej notowana w rankingach, naciskają na dyrektorów, żeby tworzyli klasy dla „zdolniejszych” uczniów (np. klasy dwujęzyczne), a ci „gorsi” niech się uczą osobno.

Mirosław Sielatycki, urzędnik warszawskiego ratusza, który od lat broni rejonizacji, twierdzi, że szkoła to przede wszystkim miejsce nauki „obsługi społeczeństwa”. I próbuje przemówić do rozsądku polskiej klasy średniej w taki sposób: „Myślicie o swoich dzieciach jako o przyszłej elicie? Świetnie. Trzymam kciuki, żeby się udało. Ale pamiętajcie, że nie można być elitą, nie znając społeczeństwa. Bo jeśli wasz Jaś zostanie prezesem największej polskiej sieci handlowej, to będzie zarządzał zwykłymi ludźmi. Trafi mu się strajk kasjerek, to musi wiedzieć, jak z nimi rozmawiać, żeby rozwiązać konfliktową sytuację. Jeśli z kolei zostanie prezesem gigantycznej firmy spedycyjnej, to musi wiedzieć, jak rozmawiać z kierowcami. A jeśli będzie prezesem banku, to musi rozumieć niezamożnych ludzi biorących chwilówki”.

    Nie są to argumenty zbyt szlachetne, Sielatycki odwołuje się nie do solidarności i empatii, ale jedynie do tego, czy coś się opłaca, czy nie. Ale w naszej indywidualistycznej kulturze, w której społeczeństwo rozumiemy jako zbiór rywalizujących jednostek, są to być może jedyne skuteczne argumenty. Odgradzanie się od innych na dłuższą metę szkodzi tym, którzy się odgradzają.”

Więcej: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,161770,23247298,sroczynski-wilanow-to-spoleczny-koszmar-przez-takie-miejsca.html

zdj. wikipedia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *