CODZIENNIE odkrywa Warszawę
na nowo

MODLIŃSKA 257 – OSTATNIA SZANSA NA URATOWANIE KAMIENICY❗❗

    O remont secesyjnej kamienicy od lat zabiegają mieszkańcy i społecznicy z Białołęki. Dzięki zaangażowaniu władz dzielnicy udało się opracować plan ratowania kamienicy i jeszcze w tym roku władze miasta miały ogłosić przetarg na remont i utworzenie w niej miejsca aktywności lokalnej. Niestety ze względu na cięcia budżetowe plan ratowania kamienicy stanął pod znakiem zapytania. Jeszcze w tym tygodniu prezydent Warszawy podejmie decyzję, czy przeznaczyć środki na remont obiektu. Obawiamy się, że jeśli remont nie rozpocznie się w najbliższym czasie to nie będzie już czego ratować. Dlatego APELUJEMY do Prezydenta Rafał Trzaskowski o podjęcie decyzji o ratowaniu kamienicy przy Modlińskiej 257 – pisze na swoim profilu Kamień i co? Ratujemy warszawskie zabytki.

  Poniżej przedstawiamy Państwu historię tego wyjątkowego obiektu. Artykuł o secesyjnej kamienicy przy ulicy Modlińskiej 257 przygotował dla nas Bartek Włodkowski z Fundacja AVE zajmującej się m.in. ratowaniem obiektów zabytkowych na Białołęce.

   „Każdy z pewnością choć raz widział ten budynek. Nie łatwo go przeoczyć, gdy jedzie się wylotówką z miasta w kierunku Jabłonny. Trzykondygnacyjna secesyjna kamienica z dwiema urokliwymi oficynami, usytuowana tuż przy wielkiej Modlińskiej pod numerem 257 – dziś zrujnowana i odpychająca – cudem ocalała w 1944 roku.

    W pierwszych dniach sierpnia 44 roku hitlerowcy metodycznie palili okoliczne domy w odwecie za zabójstwo dwóch Niemców dokonane w końcu lipca na schodach interesującego nas obiektu, który wówczas był zakładem dla „upadłych dziewcząt”. Co ciekawe, mieścił również klasztor Sióstr Benedyktynek Samarytanek. Jedna z zakonnic, siostra Ludmiła Malicka, zanotowała: „Kto z mieszkańców Henrykowa chciał się uratować z pożaru ucieczką, Niemcy chwytali i bagnetami wpychali do płonących domów. Byli zdenerwowani, rozjuszeni. Wszystko toczyło się błyskawicznie”. I wtedy okazało się, że jeden z ukrywających się w klasztorze mężczyzn, p. Jaz, to… przedwojenny sąsiad dowódcy oddziału. „Jako dzieci razem się bawili – kontynuuje samarytanka. – Popatrzył na Jaza i powiedział: „Uciekajcie wszyscy”. Na ewakuację dostali zaledwie kilkadziesiąt minut. Dzięki temu siostry, ich podopieczne oraz rzesza ukrywających się czasem nawet od początku wojny osób uratowała życie. A kamienica na ostatnie tygodnie wojny stała się posterunkiem niemieckiej żandarmerii. To tutaj przez noc z 30 na 31 sierpnia więziono ponad dwudziestu mieszkańców Płud, Dąbrówki i Choszczówki, pochwyconych w gospodarstwie księdza Tomasza Albina Kołakowskiego, który prowadził szeroko zakrojoną działalność konspiracyjną i zbiegł Niemcom. Następnego dnia wywieziono ich w kierunku Jabłonny i rozstrzelano w nieznanym do dziś miejscu.

Polichromie Pisarków

    To zaledwie jedna z wielu niesamowitych historii, związanych z kamienicą z charakterystycznym falistym dachem przy Modlińskiej 257. Dom wznieśli w 1900 roku pod adresem Dąbrówka 2 nieznani bliżej państwo Pisarkowie. Być może decyzja miała związek z uruchomieniem w tym samym czasie ciuchci wąskotorowej, która zbliżyła te tereny do wielkiej Warszawy. Dwa lata później w sąsiedztwie Henryk Bienenthal rozpoczął budowę gorzelni drożdżowej. Fabryka sprawiła, że część Dąbrówki, przemianowana od imienia inwestora na Henryków, stała się jedną z największych osad w dzisiejszych granicach administracyjnych Białołęki. Mieszkało tu blisko 600 osób! Z czasów Pisarków pochodzą również piękne secesyjne malowidła na ścianach kamienicy, odkryte i zabezpieczone cztery lata temu. Zgodnie z zaleceniami stołecznego konserwatora zabytków mają zostać odrestaurowane.
Niedługo później obiekt przeszedł w ręce jednego z najzamożniejszych gospodarzy henrykowskich, współzałożyciela Towarzystwa Przyjaciół Henrykowa, Leona Haydzionego. W 1913 roku dobudował on do lewej oficyny duży budynek, w ostatnim czasie rozebrany, jako nie mający większej wartości artystycznej. Uwolnienie znajdującego się pod nim terenu na drogę przeciwpożarową było jednym z warunków przystąpienia do sporządzania planów rewitalizacji obiektu.

W kamienicy i oficynach ulokowano rozmaite instytucje.

    Działała tu między innymi apteka, posterunek policji, a od 1917 roku w 25-metrowej izbie szkoła powszechna prowadzona przez Miejscową Radę Opiekuńczą. Dziś jej kontynuatorką jest podstawówka przy ulicy Podróżniczej w Wiśniewie, mająca – nomen omen – numer 257. Ówczesna kierowniczka Janina Pelc wspomina, że większość z 50 uczniów pochodziła z ubogich środowisk robotniczych i przychodziła do szkoły boso, a gdy zimą temperatury spadały poniżej zera – w piorunach, czyli własnoręcznie wykonanym obuwiu na drewnianych podeszwach. Trudne warunki nie przeszkadzały w osiąganiu wysokich wyników. W 1922 roku placówka otrzymała nagrodę, którą w całości przeznaczono na zakup pomocy szkolnych do matematyki oraz map i… piłki. Niedługo później szkoła posiadała już własną bibliotekę, co w ówczesnych czasach było rzadkością.

Dom dla upadłych dziewcząt i zakonnica z przeszłością

    Ale najważniejszy okres dla kamienicy rozpoczął się w 1925 roku. Wówczas w budynku, należącym już do miejskiego magistratu, za sprawą radnej Warszawy Heleny Kołaczkowskiej, urządzono wspomniany zakład dla upadłych dziewcząt pod auspicjami Warszawskiego Chrześcijańskiego Towarzystwa Opieki nad Kobietami. Nieletnimi prostytutkami – najczęściej ubogimi dziewczynami z prowincji, które przyjeżdżały do stolicy w poszukiwaniu pracy – najpierw zajmowały się siostry pasterzanki. Bez większych efektów.
Sytuację zmieniło dopiero przekazanie placówki w 1927 roku nowo powstałemu stowarzyszeniu Benedyktynek Samarytanek, założonemu przez Jadwigę Jaroszewską. Jako wolontariuszka w szpitalu wenerycznym św. Łazarza, do którego trafiały rzesze prostytutek, zrozumiała, że pomoc młodym kobietom jest wyzwaniem czasu. Władze ograniczały się jedynie do nakazania obowiązkowych badań i… urządzanych wieczorami kontroli w zaułkach miasta. Przeprowadzały je panie z organizacji dobroczynnych w asyście mundurowych. „Schwytane” w ten sposób dziewczyny trafiały do szpitala, gdzie stykały się z weterankami najstarszego zawodu świata, od których czerpały doświadczenie. Błędne koło! A skala problemu była gigantyczna. Co wieczór na ulice stolicy wychodziło ponad 20 tysięcy kobiet…

    W Henrykowie samarytanki testowały zupełnie nowatorski jak na ówczesne czasy sposób resocjalizacji, o czym świadczy nowa nazwa – „Przystań”. Nie próbowało na siłę moralizować i nawracać. Zakonnice stworzyły przede wszystkim prawdziwy dom. Taki, do którego można wrócić zawsze i o każdej porze. Nawet jeśli się wcześniej zawiodło i uciekło. A nie były to rzadkie przypadki.
Szacuje się, że przez „Przystań” przeszło w okresie przedwojennym ponad tysiąc dziewcząt, a duża część z nich mogła tutaj urodzić i wychowywać swoje nieślubne dzieci. Poza tym – nadrabiały zaległości w edukacji, uczyły się szycia, gotowania, uprawy ogrodu, odbywały kursy pielęgniarskie… Czytałem setki listów, w których owe dziewczęta, już jako mężatki i matki po latach dziękowały zakonnicom za szansę za wyjście na prostą. Przejmująca lektura!

Działalności nie przerwała II wojna światowa.

    Co więcej, „Przystań” włączyła się aktywnie w konspirację. Przede wszystkim za sprawą charyzmatycznej przełożonej s. Benigny Umińskiej, przedwojennej aktorki, opiewanej przez Boya-Żeleńskiego, którą także można nazwać kobietą po przejściach. Przed wstąpieniem do klasztoru, w Paryżu zastrzeliła na łożu śmierci swojego nieuleczalnie chorego i ogromnie cierpiącego ukochanego na jego wyraźną prośbą. Uniewinniona przez sąd francuski wróciła do kraju i przywdziała benedyktyński habit. To ona otworzyła drzwi „Przystani” dla Żydówek z getta, które tutaj ukrywano, a następnie organizowano im fałszywe dokumenty i wysyłano do Stanów Zjednoczonych. Z kolei w oficynie w ogrodzie i znajdującej się w niej skrytce broń ukrywał oddział AK.  A to tylko wierzchołek góry inicjatyw, w które angażowała się siostra Benigna. Nie wiemy o wszystkim, wszak podczas ewakuacji domu w 1944 roku większość archiwum przepadła. Co i razu udaje się odkryć kolejne tajemnice domu, jak chociażby ta, że to właśnie tutaj ukrywał się Włoch, na podstawie historii którego powstał znany film „Giuseppe w Warszawie”.

„Esencja teatru” i paprotka Sendlerowej

    To właśnie Umińska jesienią 1942 rok wysłała liścik do Leona Schillera, który znów – po wykupieniu go z Oświęcimia – przebywał w Warszawie. Prosiła, aby podesłał kogoś, kto zechciałby z jej podopiecznymi stworzyć amatorski teatr. Mistrz przyjechał sam i w ciągu trzech tygodni przygotował swoją słynną „Pastorałkę”. Inscenizacja podbiła serca nie tylko miejscowych, ale całej warszawskiej elity. Wśród widzów był między innymi ówczesny woźny Uniwersytetu Warszawskiego – Czesław Miłosz. Wrażenie było tak silne, że po latach w „Roku Myśliwego” zanotował, iż właśnie tutaj odkrył „esencję teatru”. W ten sposób powstał stały konspiracyjny teatr, który działał w „Przystani” do 1944 roku. 3 premiery i ponad 20 przedstawień obejrzało ponad 2 tysiące widzów.
Po wojnie zakonnice nie powróciły do Henrykowa, ale Rada Główna Opiekuńcza urządziła tu dom dla „gruzinek”, czyli powojennych prostytutek. Przez 3 dni wizytowała go sama Irena Sendlerowa, która na zakończenie otrzymała od dziewcząt kosz owoców z tutejszego ogrodu oraz… paprotkę. Roślina stała u niej w mieszkaniu niemal do końca życia. Później wielokrotnie powtarzała, że to niezwykły okaz, bo wedle wszystkich prawideł biologii dawno powinien już zmarnieć… Później w kamienicy funkcjonował dom opieki społecznej, a następnie rozmaite sklepy, zakłady usługowe i biblioteka. Aż zamknięto go na cztery spusty, bo – nieremontowany – stwarzał zagrożenie dla życia i zdrowia.

Obietnica sprzed 6 lat i… koronawirus

    Nie sposób dziejów Modlińskiej 257 zawrzeć w ramach krótkiego artykułu. Dlatego też razem z Anną Mieszkowską przed sześcioma laty napisaliśmy monografię budynku. Jak wszystkie wydawnictwa Fundacji AVE, dotyczące dziejów Białołęki, jest dostępna bezpłatnie. Zachęcam do lektury: http://www.fundacjaave.nazwa.pl/pliki/MODLINSKA%20257.pdf
    Wydanie książki zbiegło się z uwieńczeniem wieloletnich starań Fundacji AVE i Dzielnicowej Komisji Dialogu Społecznego, zmierzających do ocalenia i renowacji obiektu. Dzięki ogromnemu zaangażowaniu ówczesnego burmistrza Piotra Jaworskiego oraz radnego Piotra Oracza podjęto decyzję o uratowaniu kamienicy. Arcydługi (także ze względu na zmiany w zarządzie dzielnicy) proces przygotowywania remontu, konsultacji społecznych, ustaleń z konserwatorem zabytków, opracowywania niezbędnej dokumentacji i zabukowania środków w wysokości ponad 7,5 mln w planie inwestycyjnym… wreszcie ma szansę zostać pozytywnie sfinalizowany. Stołeczny Zarząd Rozbudowy Miasta, prowadzący tę inwestycję, jest gotowy do ogłaszania przetargu.
Ale – jak wiadomo – wraz z epidemią koronawirusa miasto dotknęły problemy finansowe. Renowacja, która znów stoi pod znakiem zapytania, zależy od bezpośredniej decyzji Prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego. Trzeba jasno powiedzieć, że jeśli prace nie rozpoczną się teraz, możemy bezpowrotnie stracić wyjątkowy obiekt, który oprócz niezaprzeczalnej wartości historycznej ma zgodnie z wynikami konsultacji społecznych pełnić niezmiernie ważną funkcję społeczną w dzielnicy, jako przestrzeń integracji i aktywizacji mieszkańców przez organizacje pozarządowe. Na renowację obiektu czeka więc ponad 30 NGO-sów z DKDS Białołęka, a wraz z nimi ponad 100 tys. beneficjentów działań tych podmiotów! Dzielnica ma niezwykle ubogi zasób komunalny i nie dysponuje lokalami dla pozarządówki.

    Poza tym na Białołęce „przetrzebionej” przez kilkutygodniowy front w 1944 roku, ubogiej w materialne ślady przeszłości, każdy obiekt sprzed wojny to prawdziwa perła. I chociaż obecnie swoim wyglądem kamienica przy Modlińskiej 257 przede wszystkim straszy, to mamy nadzieję, że wkrótce jako Centrum Aktywności Lokalnej stanie się jednym z bardziej prestiżowych adresów w tej części miasta.
A nieprawdopodobne nagromadzenie arcyważnych wydarzeń i znamienitych postaci, związanych z obiektem, powoduje, iż jest on jednym z ważniejszych historyczno-kulturowych miejsc na współczesnej mapie Białołęki, niezwykle istotnym dla kształtowania tożsamości mieszkańców. Aż niewiarygodne, że to jedno skromne miejsce zdołało pomieścić tak wielką liczbę nieprzeciętnych spraw; i że nie zniknęło, choć jeszcze dekadę temu planowano wyburzenie „ruiny”. Oby w tym przypadku historia nie zatoczyła koła, bo nasza „ruina” kolejnych 6 lat na pewno nie wytrzyma…

Bartłomiej Włodkowski
Varsavianista i przewodnik;
Prezes Fundacja AVE, popularyzującej poprzez wystawy, książki, lekcje, wycieczki i spływy z gawędą historyczną dzieje Białołęki;
Przewodniczący Dzielnicowa Komisja Dialogu Społecznego Białołęka;
Autor (razem z Anną Mieszkowską) książki „Modlińska 257-miejsce magiczne” oraz wielu innych publikacji o historii Białołęki; ostatnio wydał „Z Kleksem przez Białołękę” – I tom opowiadań dla dzieci o dziejach dzielnicy.

P.S. Jeśli okaże się – nie daj Boże – że władze Warszawy nie spełnią danej obietnicy i nie staną na wysokości zadania, rozważamy w środowisku Fundacji AVE i białołęckich NGO-sów renowację obiektu siłami społecznymi…

Kamień i co? Ratujemy warszawskie zabytki