Polska chce walczyć z cenzurą mediów społecznościowych

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin doszło do niespotykanej w historii mediów społecznościowych cenzury. Facebook, Twitter, Instagram zbanowały konta Donalda Trumpa. Serwisy powołują się na wydarzenia z ostatnich dni i oskarżają Donalda Trumpa o podżeganie do szturmowania budynku Kapitolu przez jego niektórych zwolenników – pisze na swojej stronie Sebastian Kaleta, poseł PiSu.

Dlaczego Polska potrzebuje ustawy o ochronie wolności słowa w internecie?

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin doszło do niespotykanej w historii mediów społecznościowych cenzury. Facebook, Twitter, Instagram zbanowały konta Donalda Trumpa. Serwisy powołują się na wydarzenia z ostatnich dni i oskarżają Donalda Trumpa o podżeganie do szturmowania budynku Kapitolu przez jego niektórych zwolenników.

Jest to tylko pretekst, który wpisuje się w realizowany od wielu miesięcy scenariusz ingerowania przez korporacje internetowe w proces debaty publicznej. Oprócz Donalda Trumpa zbanowano szereg użytkowników go wspierających, a zyskujący ostatnio popularność serwis Parler, którego dewizą miało być brak cenzurowania treści, został zawieszony w sklepie Google, niedługo zapewne to samo go spotka w przypadku sklepu Apple. Twitter ocenzurował nawet wpis TVP Info, w którym informuje się o apelu Donalda Trumpa do swoich zwolenników, by wrócili do domu po wiecu w Waszyngtonie (co jest nienawistnego w takim komunikacie?). Polska opozycja, która nie ma pomysłu na rządzenie zaciera tylko ręce, by taka cenzura utorowała jej drogę do władzy.

Jesteśmy świadkami przełomowego momentu, jeśli chodzi o rozwój mediów społecznościowych. Ich szefowie przyznają sobie prawo do decydowania, którzy politycy w ogóle mają prawo zabierać głos i co mogą mówić. Cenzurowanie treści i stosowanie algorytmów, na podstawie których to serwisy decydują, które treści o charakterze politycznym mogą do Was docierać to wielkie zagrożenie dla demokracji.

Wolność słowa to podstawowa wolność, która stanowi o możliwości funkcjonowania zdrowej demokracji. Kiedy jest ograniczana przez podmioty prywatne należy zadać sobie pytanie jaki będzie tego skutek oraz czy w ogóle powinny one móc ingerować w ramach swoich serwisów w debatę publiczną?

Lewica nagle stała się przeciwnikiem regulowania przez państwa funkcjonowania wielkich korporacji, a liberałowie nie widzą niczego zdrożnego w ograniczaniu wolności słowa. Dlaczego? Celem tych zabiegów jest ograniczenie zasięgu komunikatów o charakterze konserwatywnym. Od lat wielkie korporacje promują lewicową agendę polityczną, teraz stały się aktywnym jej promotorem na niwie czysto wyborczej.

Korporacje internetowe to nie są zwykłe przedsiębiorstwa.

 

Kluczowe dla państwa i społeczeństwa gałęzie gospodarki takie jak telekomunikacja, transport czy energetyka, a nawet przemysł obronny są ściśle regulowane, mimo że przecież wynalazki w tym segmencie należały do prywatnych firm. Pierwsze samochody poruszały się po świecie bez żadnych regulacji prawnych, tak samo jak nie były uregulowane pierwsze instalacje służące telefonii. Jednak z czasem te produkty i usługi uzyskały i dalej utrzymują strategiczny charakter dla funkcjonowania społeczeństwa i państwa, i zostały poddane regulacji. To prawo uchwalane przez państwo rozstrzyga, gdzie i z jaką prędkością można się poruszać samochodami, a nawet jaką mogą mieć specyfikację np. jeśli chodzi o emisję spalin. To państwo decyduje jakie częstotliwości trafiają do firm telekomunikacyjnych, państwo wydaje koncesje na nadawanie przez telewizje czy radio.

Tak jak dotychczas bywało w historii, gdzie na przykład przepisy o ruchu drogowym przynosiły bezpieczeństwo przy rozwijającym się przemyśle motoryzacyjnym, tak dzisiaj stoimy przed wyzwaniem uregulowania cenzorskich zapędów mediów społecznościowych, by uratować wolność słowa.

W Niemczech i Francji takie przepisy już obowiązują, niedawno swoje propozycje przedłużyła Komisja Europejska. Jednak propozycje te zmierzają ku temu, by móc zalegitymizować cenzorskie działania serwisów. Dlaczego? Słowem wytrychem do cenzury jest dziś tzw. „mowa nienawiści”. To pojęcie jest niejasne, a jego interpretacja często przybiera karykaturalne formy polegające na tym, że jakakolwiek krytyka lewicowych ideologii staje się nieakceptowalną formą nienawiści, a bluźniercze ataki na chrześcijan są emanacją wolności słowa. Dlaczego tak się dzieje? Konstrukcja „mowy nienawiści” pozwala na arbitralne decyzje, a skoro dzisiaj te decyzje podejmują anonimowi moderatorzy realizujący lewicowo-liberalną agendę portali, spotykamy się coraz częściej z cenzurą treści konserwatywnych, a pełną dostępnością nierzadko zachęcających do agresji komunikatów lewicy.

 

Ustawa jest gotowa

Dlatego od wielu miesięcy w Ministerstwie Sprawiedliwości na polecenie ministra Zbigniewa Ziobro przygotowywałem ustawę, która ma na celu zakazanie usuwania przez media społecznościowe treści, które nie naruszają polskiego prawa. Ocena, co jest zgodne z prawem, a co nie jest jego naruszeniem, nie może leżeć w rękach prywatnych korporacji. Dlatego to sądy w szybkiej procedurze będą ostatecznie dokonywać tej oceny, tak jak w każdej sprawie, gdzie mowa jest o przestrzeganiu prawa. Ten model zagwarantuje ochronę wolności słowa, ale również ochronę przed jej naruszeniami. W razie naruszania polskiego prawa przez media społecznościowe w zakresie cenzurowania treści przewidywane są kary finansowe w wysokości do 8 mln zł (w Niemczech taka kara to nawet 50 mln euro). W najbliższych dniach będę podawać więcej szczegółów dotyczących tej ustawy. Jestem przekonany, że jest ona niezbędna, by w przyszłości giganci internetowi nie decydowali o naszych wolnościach, a przede wszystkim nie decydowali o wynikach wyborów w Polsce. Byłby to faktyczny koniec demokracji.

za; Sebastian Kaleta,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *